sobota, 3 maja 2014

Rozdział 2 'Sala Bilardowa'

  Mama i ja mieszkamy na obrzeżach Londynu, w osiemnastowiecznym wiejskim domu. w którym ciągle wieje. Najbliższych sąsiadów mamy w odległości prawie mili. Nieraz się zastanawiam, czy jego budowniczy, mając do wyboru mnóstwo działek wokół, świadomie stawiał fundamenty w epicentrum tajemniczej pogodowej anomalii, która najwyraźniej wsysa całą mgłę z wybrzeża Maine i przenosi ją nad nasz ogródek. Dom spowija wtedy mrok przywodzący mysi zabłąkane duchy.
Tego wieczoru uplasowałam się na taborecie w kuchni, w towarzystwie zadania domowego z algebry oraz naszej gosposi, Dorothei. Mama pracuje w Domu Aukcyjnym Hugona Renaldiego; zajmuje się koordynowaniem aukcji nieruchomości i antyków na całym Wschodnim Wybrzeżu. W tym tygodniu była na północy stanu Nowy York. Ze względu na pracę stale podróżuje, więc zatrudniła Dorotheę polowania i sprzątania, ale jestem pewna, że w spisie jej obowiązków umieściła też czujną opiekę nade mną.
-Jak było w szkole? - spytała z lekkim irlandzkim akcentem Dorothea. Stała przy zlewozmywaku, szorując naczynie żaroodporne z resztek przypalonej lazanii.
-Na biologii siedzę z inną osobą.
-To dobrze czy źle?
-Dotąd siedziałam z Vee.
-Hm... - od energicznego szorowania aż trzęsła się jej skóra na ramieniu. - Czyli że niedobrze.-
Westchnęłam zgodnie.
-Opowiedz mi o tej nowej koleżance. Jaka jest?
 -Jest wysoki, ciemnowłosy i irytujący.-odpowiedziałam krótko.
''I niesamowicie zamknięty. Oczy Styles'a są jak czarne kule. Bierze wszystko, a sam nie daje nic. Choć wcale nie muszę wiedzieć o nim więcej. Nie spodobało mi się to, co spostrzegłam na pierwszy rzut oka, było więc bardzo wątpliwe, że spodoba mi się to, co się czai w jego wnętrzu.
Tylko że to nie do końca prawda. Z tego, co zobaczyłam, spodobało mi się w nim wiele.
Długie, smukłe mięśnie rąk, szerokie, ale nienapięte barki i uśmiech, zarazem figlarny i uwodzicielski. Byłam w wewnętrznej niezgodzie ze sobą, próbując zignorować coś, co miało nieodparty urok.''-dodałam w myślach.
    Przed dziewiątą Dorothea skończyła swój dzień pracy i wychodząc, zamknęła dom na klucz. Na pożegnanie dwa razy błysnęłam jej światłem z werandy, które chyba przeniknęło mgłę, bo w odpowiedzi zatrąbiła. I zostałam sama.
Zrobiłam remanent uczuć, jakie się we mnie kołotały. Nie byłam głodna. Nie byłam zmęczona. Ani znów tak strasznie samotna. Jednak trochę niepokoiło mnie zadanie z biologii. Powiedziałam Harry'emu, że do niego nie zadzwonię, i sześć godzin temu naprawdę nie miałam takiego zamiaru. Teraz myślałam tylko o jednym - żeby nie ponieść klęski. Biologia szła mi najgorzej ze wszystkich przedmiotów. Moje oceny problematycznie chwiały się między bardzo dobrymi i dobrymi, co dla mnie sprowadzało się do tego, czy w przyszłości dostanę całe stypendium, czy tylko połowę.
Wróciłam do kuchni i podniosłam słuchawkę telefonu. Spojrzałam na to, co zostało z wypisanych mi na ręce siedmiu cyfr. Skrycie liczyłam, że Harry nie odbierze. Jeśli będzie nieosiągalny i nie zechce mi pomóc w zadaniu, będę mogła przekonać trenera, żeby jednak nas przesadził. Pełna nadziei, wystukałam numer.
Odebrał po trzecim sygnale.
-O co chodzi?
Rzeczowym tonem zapytałam:
-Dzwonię, żeby spytać, czybyśmy się dziś nie spotkali. Wiem, że jesteś zajęty, ale...
-Rose - wypowiedział moje imię, jakby to była puenta dowcipu. - Myślałem, że nie zadzwonisz. Nigdy.
Byłam wściekła na siebie, że zlekceważyłam własne słowa. Byłam wściekła na bruneta, że mi to wypomniał. I wściekła na trenera i jego pokopane zadania. Otworzyłam usta z nadzieją, że powiem coś mądrego.
-Więc jak? Spotkamy się czy nie?
-Tak się składa, że nie mogę.
-Nie możesz czy nie chcesz?
-Jestem pochłonięty grą w bilard - w jego glosie usłyszałam rozbawienie. - To bardzo ważna rozgrywka.
Z odgłosów w słuchawce wywnioskowałam, że nie kłamie - na temat gry w bilard. Wciąż jednak wydawało mi się dyskusyjne, czy jest ona ważniejsza od mojego zadania domowego.
-Gdzie jesteś? - zapytałam.
-W Bo's Arcade. Nie czułabyś się tu dobrze.
-To zróbmy ten wywiad przez telefon. Mam tu listę pytań, więc...
Przerwał połączenie.
Z niedowierzaniem spojrzałam na słuchawkę - i wyrwałam kartkę z notesu. W pierwszej linijce napisałam „Palant". Poniżej dodałam: „Pali cygara. Umrze na raka płuc. Oby jak najszybciej. Świetna forma fizyczna".
Natychmiast zabazgrałam ostatnią uwagę, żeby nie dało się jej odczytać.
   Zegar mikrofalówki wskazał dziewiątą pięć. Uznałam, że zostały mi dwie możliwości. Sfabrykowanie wywiadu z Harry'm albo wycieczka autem do Bo's Arcade. Pierwsza byłaby całkiem kusząca, gdybym tylko umiała zagłuszyć w sobie przestrogę McConaughy'ego, że sprawdzi autetyczność wszystkich odpowiedzi. Wiedziałam o brunecie stanowczo za mało, żeby zamydlić trenerowi oczy. A druga? Nie kusiła mnie zupełnie.
Z podjęciem decyzji zwlekałam dostatecznie długo, by zadzwonić do mamy. W związku z jej pracą i wiecznymi wyjazdami umówiłyśmy się między innymi, że będę zachowywać się odpowiedzialnie, a nie jak córka, która wymaga ciągłego pilnowania. Lubiłam swoją wolność i nie chciałam dawać mamie powodów, żeby obcięła mi kieszonkowe i znalazła sobie pracę na miejscu, by mieć mnie na oku.
Po czwartym sygnale odezwała się poczta głosowa.
-To ja - powiedziałam. - Chciałam się tylko zameldować. Mam jeszcze do skończenia zadanie na biologię, a potem idę do łóżka. Jak chcesz, to zadzwoń jutro w porze lunchu. Kocham cię.-po odłożeniu słuchawki, w szufladzie kredensu znalazłam dwudziestopięciocentówkę. Trudne decyzje najlepiej powierzać losowi.
-Jak wypadniesz ty, to jadę - poinformowałam profil Jerzego Waszyngtona - a jak reszka, zostaję.
Rzuciłam monetę w górę, przycisnęłam ją do wierzchu dłoni i odważyłam się zerknąć... Serce zabiło szybciej i pomyślałam, że nie wiem, co to właściwie znaczy.
-Sprawa wymyka mi się spod kontroli - szepnęłam. Zdecydowana załatwić sprawę jak najprędzej, sięgnęłam po leżącą na lodówce mapę, wzięłam kluczyki i cofnęłam na podjeździe mojego fiata spidera. W 1979 roku pewnie uchodził za piękny, ale ja nie przepadałam za czekoladowym brązem jego karoserii, za rdzą, która prawie całkiem zeżarła tylny błotnik, ani za popękanymi siedzeniami z białej skóry.
Okazało się, że wtulony w wybrzeże klub Bo's Arcade jest o wiele dalej, niżbym chciała - jakieś trzydzieści pięć minut drogi od domu. Z mapą rozpłaszczoną na kierownicy, postawiłam auto na parkingu za sporym budynkiem z pustaków, z rozbłyskującym neonem:
BO`S ARCADE: DZIKI CZARNY PAINTBALL I SALA BILARDOWA OZZA
Ziemia pod murem zapaćkanym graffiti upstrzona była niedopałkami. Stwierdziłam, że na pewno złażą się tam przyszli członkowie lvy League i wzorowi obywatele. Stara­łam się myśleć wzniosie i nonszalancko, ale coś jakby kuło mnie w żołądku. Sprawdziwszy dwa razy, czy zamknęłam wszystkie drzwi, skierowałam się do środka.
Stanęłam w kolejce, licząc, że uda mi się wejść na krzywy ryj. Gdy grupka przede mną kupowała bilety, przecisnęłam się naprzód i poszłam w kierunku labiryntu wyjących syren i rozmigotanych świateł.
-Myślisz, że to impreza za darmochę? - ryknął za mną ochrypły od dymu głos.
Zawróciłam i puściłam oko do mocno wytatuowanego kasjera.
-Nie przyszłam się bawić. Ja tylko kogoś szukam.
-Chcesz wejść, musisz zapłacić - odburknął.
Położył dłonie na kontuarze kasy, do którego przymocowano żyłką cennik, wskazując, że jestem winna piętnaście dolarów. Płatność wyłącznie w gotówce.
Nie miałam pieniędzy. A zresztą gdybym miała, wolałabym ich nie marnować na kilka minut pogawędki z Harry'm o jego życiu osobistym. Ogarnęła mnie złość na to cale rozsadzanie i na to, że w ogóle się tu znalazłam. Chciałam tylko go odszukać i potem pogadać z nim na zewnątrz. Nie po to przejechałam taki kawał drogi, żeby się stamtąd wynieść z pustymi rękami.
-Jeśli nie wrócę za dwie minuty, zapłacę te piętnaście dolców - powiedziałam. Zanim jednak zdążyłam lepiej rozeznać się w sytuacji albo wykrzesać z siebie odrobinę cierpliwości, zrobiłam coś zupełnie nie w moim stylu i przelazłam pod barierką. Nie zatrzymując się, pognałam w głąb klubu, wypatrując Harry'ego. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje, ale byłam jak tocząca się śnieżna kula, która nabiera pędu. Marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć faceta i zaraz się stamtąd wymiksować.
Kasjer pognał za mną z wrzaskiem:
-Ej, ty!
Bruneta na sto procent nie było na głównym poziomie, więc zbiegłam po schodach na dół, podążając za napisami, które kierowały do Sali Bilardowej Ozza. U podnóża schodów, w przyćmionym świetle halogenowych reflektorków zobaczyłam kilka stolików do pokera. Wszystkie miejsca były pozajmowane. Pod niskim stropem wisiał kłąb dymu z cygar, prawie tak gęsty jak mgła otaczająca mój dom. Między stolikami do pokera i barem ledwie mieścił się rząd stołów do bilardu. Pochylony nad tym stojącym najdalej ode mnie, Styles szykował się do skomplikowanego zagrania po bandzie.
-Harry! - zawołałam.
W tej samej chwili dźgnął kijem, wbijając go w blat stołu. Błyskawicznie podniósł głowę i spojrzał na mnie, zdumiony i zaciekawiony.
Kasjer, który zbiegł za mną ciężkim krokiem, ścisnął mi ramię jak w imadle.
-Na górę. Już!
Zielonooki znów wykrzywił usta w ledwie dostrzegalny uśmieszek. Trudno mi było stwierdzić: kpiący czy przyjazny.
-Ona jest ze mną.-odpowiedział zachrypniętym głosem.
Musiało to wywrzeć wrażenie na kasjerze, który rozluźnił uścisk. Zanim zdążył się rozmyślić, strząsnęłam z siebie jego rękę i przemknęłam między stolami w stronę Harry'ego. Próbowałam stawiać wielkie kroki, ale zbliżając się do niego, stopniowo traciłam pewność siebie.
Natychmiast dotarło do mnie, że zachowuje się inaczej niż w szkole. Nie umiałam określić, na czym polega ta odmienność, ale poczułam ją jak prąd.
Czyżby przypływ złości?
Pewność.
Większa swoboda bycia. I te czarne oczy, wbite we mnie. ściągające każdy mój ruch jak magnes. Dyskretnie przełknęłam ślinę i starałam się zignorować mdlące pląsy żołądka.
Z Patchem coś było nie w porządku, ale co - nie wiedziałam. Miał w sobie coś nienormalnego. Coś... groźnego.
-Sorry, że cię zatrzymali - powiedział, stając przy mnie. - Nie grzeszą tutaj gościnnością.-a jakże.
Przechylając głowę, dał współgraczom znak, żeby się oddalili. Zanim ktokolwiek się poruszył, zapadła nieprzyjemna cisza. Facet, który odszedł pierwszy, mocno naparł na mnie barkiem. Aby odzyskać równowagę, zrobiłam krok do tyłu, a kiedy podniosłam wzrok, zauważyłam, że pozostali dwaj gracze poczęstowali mnie na odchodne lodowatymi spojrzeniami.
Pięknie. Przecież to nie moja wina, że trener posadził mnie z tym typem.
-Ósemka? - uniosłam brwi, udając, że jestem w stu procentach pewna siebie i oswojona z klubem. Może Harry miał rację i Bo`s Arcade nie było miejscem w moim stylu. Tak czy siak, nie zamierzałam teraz rzucić się do wyjścia. - Jak duża stawka?
Uśmiechnął się szeroko. Tym razem byłam pewna, że ze mnie kpi.
-Nie gramy o pieniądze.-oświadczył położyłam torebkę na krawędzi stołu.
-Szkoda. Bo już chciałam postawić przeciwko tobie wszystko, co mam - podsunęłam mu arkusz z zadaniem, z dwiema zapisanymi już linijkami. - Parę szybkich pytań i się stąd wynoszę.
„Palant"? - odczytał głośno brunet, wspierając się na kiju. - „Rak płuc"? Cóż to ma być, przepowiednia?-zakpił.
Powachlowałam się kartką.
-Rozumiem, że przyczyniasz się do stworzenia tutejszej atmosfery, ile cygar na wieczór? Jedno? Dwa?
-Nie palę - zabrzmiało szczerze, ale tego nie kupiłam.
-Akurat - odparłam i umieściłam kartkę między fioletową a czarną bilą. Pisząc w trzeciej linijce: „Zdecydowanie cygara", przypadkiem potrąciłam fioletową.
-Psujesz rozgrywkę - rzekł Styles, nadal uśmiechnięty.
Napotkawszy jego wzrok, nie mogłam powstrzymać przelotnego uśmiechu.
-Oby na twoją niekorzyść. Największe marzenie?-z tego pytania byłam bardzo dumna, bo wiedziałam, że zgubi go z tropu. Wymagało przemyślenia.
-Żeby cię pocałować.
-Nie ma w tym nic śmiesznego - rzuciłam, wciąż wpatrzona w jego oczy, dziękując Bogu, że się nie zająknęłam.
-Owszem, ale się zarumieniłaś.-powiedział z tym uśmieszkiem na twarzy.
Przysiadłszy na kancie stołu, próbowałam przybrać obojętną minę. Zakładając nogę na nogę, zaczęłam pisać na kolanie.
-Pracujesz?
-Kelneruję w Granicy. Najlepsza meksykańska knajpa mieście.
-Wyznanie?- pytanie chyba go nie zaskoczyło, ale też nie był nim specjalnie ucieszony.
-Miało być parę prostych pytań, a doszłaś już do czwartego.
-Wyznanie?- spytałam bardziej stanowczo. W zadumie przesunął dłonią po podbródku.
-To nie wyznanie... tylko sekta.
-Należysz do sekty? - zbyt późno dotarło do mnie. że mimo woli spytałam o to z zaskoczeniem.
-Tak się składa, że potrzebuję zdrowej kobiety na ofiarę, Zamierzałem ją uwieść, stopniowo wzbudzając w niej zaufanie, ale skoro jesteś już gotowa...- oznajmił patrząc mi w oczy.
Resztka uśmiechu zniknęła z moich ust.
-Wcale mi nie imponujesz.
-Jeszcze nie podjąłem takiej próby.- odsunąwszy się od stołu, stanęłam z nim twarzą w twarz. O głowę wyższy.
-Wiem od Vee, że repetujesz. Ile razy w dziesiątej klasie oblewałeś biologię? Raz, czy może dwa?
-Vee nie jest moją rzeczniczką.
-Zaprzeczasz, że oblewałeś?
-Zapewniam cię, że w zeszłym roku nie chodziłem do szkoły.
Drwił ze mnie w żywe oczy, tak że nakręciłam się jeszcze bardziej.
-Wagarowałeś?
Harry odłożył kij w poprzek stołu i pokiwał palcem, dając mi znak, żebym się do niego przybliżyła. Ani drgnęłam.
-Powierzę ci pewien sekret - szepnął poufnym tonem. -Dotąd w ogóle nie chodziłem do szkoły. I jeszcze jeden: nie jest w niej aż tak nudno, jak mi się wydawało.
Kłamał. Do szkoły chodzi każdy, bo takie jest prawo. Kłamał, żeby mnie rozdrażnić.
-Myślisz, że kłamię - dodał z uśmiechem.
-W życiu nie chodziłeś do szkoły? Jeśli to prawda, a bądź pewny, że ci nie wierzę, co cię skłoniło do zapisania się w tym roku?
-Ty.
Ogarnęło mnie przerażenie, ale stwierdziłam, że Harry'emu o to właśnie chodzi. Nie ustępując, starałam się udawać poirytowaną, ale i tak głos odzyskałam dopiero po chwili:
-Kłamiesz.
Musiał zbliżyć się o krok, bo nagle nasze ciała przestało dzielić nawet powietrze.
-Te twoje oczy. Rose. Te zimne, bladopopielate oczy mają nieodparty powab. - przekrzywił głowę, jakby chciał mi się przyjrzeć pod innym kątem. - I te zabójczo wygięte wargi.
Zdumiona nie tyle jego słowami, ile tym, że właściwie odebrałam je pozytywnie, cofnęłam się.
-Dosyć. Wychodzę.-poinformowałam go.
Już wypowiadając te słowa, wiedziałam, że są fałszywe, i  odczułam chęć dodania czegoś jeszcze. Pogrzebałam w plątaninie myśli w nadziei znalezienia czegoś stosownego. Dlaczego tak ze mnie szydzi, no i czemu zachowuje się tak, jakbym sobie na to zasłużyła?
-Jak widać, wiesz o mnie wiele - oznajmiłam, bijąc rekord w dziedzinie niedomówień. - Więcej, niż powinieneś. Doskonale wiesz, jak mnie speszyć.
-W twoim przypadku nie jest to zbyt trudne. Zapłonęła we mnie iskra gniewu.
-Przyznajesz, że robisz to umyślnie?
- Co?
-To, że mnie prowokujesz.
-Powiedz jeszcze raz: „prowokujesz". Prowokująco układasz przy tym usta.
-Dość. Możesz dokończyć tę swoją rozgrywkę. - porwałam ze stołu kij i szturchnęłam nim Harry'ego, który go jednak nie chwycił. - Nie podoba mi się to, że z tobą siedzę -oświadczyłam. - Nie chcę się z tobą zadawać. Nie lubię twojego protekcjonalnego uśmiechu. - zadrżały mi wargi, jak zwykle, kiedy kłamię; ciekawe, czy to też było kłamstwo, a jeśli tak, chętnie bym sobie dokopała. - Nie lubię cię. - Siląc się na wiarygodność, pchnęłam go kijem w pierś.
-Fajnie, że trener posadził nas razem - odparł Styles. W słowie „trener" wyczulam leciutką ironię, ale nie umiałam rozgryźć jej ukrytego sensu. Tym razem wziął ode mnie kij.
-Postaram się to zmienić - odparowałam.
Bruneta rozbawiło to tak niesłychanie, że w uśmiechu aż odsłonił zęby, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. Przygarnął mnie ramieniem i nim zdążyłam się odsunąć, wyplątał mi coś z włosów.
-Skrawek papieru - wyjaśnił i cisnął go na ziemię. Gdy wyciągał rękę, na wewnętrznej stronie jego przegubu spostrzegłam jakby plamkę. W pierwszej chwili myślałam, że to zwykły tatuaż, ale zerknąwszy po raz drugi, stwierdziłam, że jest to czerwonawe, nieco wypukłe znamię. W kształcie rozbryźniętej kropli farby.
-Wyjątkowo nieciekawe miejsce na znamię - powiedziałam, nieźle wytrącona z równowagi, że ma je prawie w tym samym miejscu, gdzie ja bliznę.
Niedbale, lecz dostrzegalnie nasunął rękaw na nadgarstek.
-Wolałabyś w intymniejszym?
-Nigdzie bym nie wolała. - niepewna, jak to zabrzmiało, podjęłam kolejną próbę: - Guzik mnie obchodzi, że w ogóle je masz. - Spróbowałam po raz trzeci: - Nie interesuje mnie twoje znamię i kropka.
-Będzie więcej pytań? - usłyszałam. - Może jakieś uwagi?
- Nie.
- To do zobaczenia na biologii.
Chciałam mu powiedzieć, że nie zobaczymy się już nigdy, ale nie miałam zamiaru odwoływać własnych słów dwa razy w ciągu jednego dnia.

W środku nocy wyrwał mnie ze snu jakiś trzask. Znieruchomiałam z twarzą przyciśniętą do poduszki, w stanie najwyższej czujności. Mama wyjeżdżała w interesach przynajmniej raz na miesiąc, przywykłam więc do spania w pustym domu i dawno już przestałam sobie wyobrażać, że ktoś skrada się po schodach do mojego pokoju. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie czułam się samotnie. Niedługo po tym, jak w Portland zastrzelono tatę, kiedy kupował mamie prezent na urodziny, w moje życie wkroczyła jakaś dziwna istota. Tak jakby ktoś okrążał mój świat, obserwując mnie z pewnego oddalenia. Widmo to z początku napawało mnie przestrachem, ale ponieważ nie krzywdziło mnie w żaden sposób, lęk prawie całkiem osłabi. Zaczęłam się zastanawiać, czy moimi odczuciami steruje coś z kosmosu. Może to duch taty był w pobliżu. Myśl o tym zazwyczaj mnie uspokajała, dziś jednak było inaczej. Tak jakby widmo skuło mi lodem skórę.
Przechyliwszy odrobinę głowę, dostrzegłam na podłodze niewyraźny kształt. Obróciłam się do okna, gdyż jedynym źródłem światła w pokoju był przejrzysty jak mgiełka blask księżyca. Przyciskając poduszkę do twarzy, stwierdziłam,, że to pewnie chmura mija księżyc. Albo jakiś śmieć, unoszony podmuchami wiatru. Ale nic takiego nie było. W każdym razie następnych kilka minut spędziłam, czekając, aż mi się uspokoi tętno.
Gdy w końcu zdobyłam się na odwagę, by wstać z łóżka, w ogrodzie za oknem panował bezruch i cisza. Jedyny hałas wywoływały ocierające się o dom gałęzie i ciche uderzenia mojego serca.
********
Ah...więc mamy już 2 :D
Jak odczucia po 2 ? :D
Te docinki Hazzy...:D
Chciałabym wyjaśnić 1 sprawę o rozdziałach a mianowicie ..

Teraz mam wolne więc rozdział 3 może pojawić się już dzisiaj albo jutro. 
Ale jak już zacznie się szkoła to rozdziały będą dodawane co 3-4 dni :)
Pojawił się również trailer--------->
To wszystko z mojej strony i proszę ZOSTAW KOMENTARZ :)

Czytając zostaw komentarz :) 

piątek, 2 maja 2014

Rozdział 1 'Skazana'

Angila, Londyn, współcześnie

Weszłam do sali biologicznej i... szczęka mi opadła. Ciekawe, skąd na tablicy wzięli się Barbie z Kenem. Ktoś przyczepił ich tam razem i na silę złączył im ręce. Oboje byli na golasa i tylko miejsca intymne mieli przysłonięte sztucznymi liśćmi. Nad głowami lalek widniało hasło, wy­pisane grubą różową kredą:
ZAPRASZAM DO ŚWIATA ROZMNAŻANIA
Vee Young, która weszła razem ze mną, powiedziała: -I właśnie dlatego szkoła zakazuje używania komó­rek z aparatem fotograficznym. Zdjęcia czegoś takiego w e-zinie byłyby dla wydziału oświaty wystarczającym po­wodem, żeby wywalić biologię z programu. A my w ciągu tej godziny mogłybyśmy robić coś twórczego, na przykład pobierać indywidualne lekcje u ładnych chłopców z wyż­szych sfer.
- Wiesz, Vee - odparłam - mogę się założyć, że czekałaś na te zajęcia cały semestr.
Vee zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się szelmowsko.
-Nie usłyszę na nich niczego, o czym już bym nie wie­działa.
I to mówi Vee dzie-wi-ca?
-Ciszej. - Mrugnęła do mnie, akurat gdy zadzwonił dzwonek, i musiałyśmy zająć miejsca za jednym stołem, obok siebie.
Trener McConaughy chwycił gwizdek dyndający mu na łańcuszku na szyi i zagwizdał.
-Drużyna, siadać!
McConaughy traktował lekcje biologii w dziesiątej klasie jak zajęcie poboczne, bo tak naprawdę pracował jako trener koszykówki na uniwerku, o czym wszyscy wiedzieliśmy.
-Pewnie nie mieści wam się w głowie, że seks to coś więcej niż piętnastominutowy pobyt na tylnym siedzeniu samochodu. Tymczasem seks to nauka. No, a czym jest nauka?
-Nudą - krzyknął jakiś chłopak z tyłu sali. -Jedynym przedmiotem, który mi nie idzie – odezwał się inny.
Trener przemknął wzrokiem po pierwszych rzędach, zatrzymując się na mnie.
-Rose?
-Wiedzą na jakiś temat - odpowiedziałam. Podszedł do mojego stołu i stuknął w blat palcem wska­zującym.
-Coś więcej?
-Wiedzą nabytą poprzez doświadczenia i obserwację. Pięknie. Jak na przesłuchaniu do nagrania audiobooka z naszego podręcznika do biologii.
-Własnymi słowami - zażądał trener.
Dotknęłam końcem języka górnej wargi, szukając ja­kiegoś synonimu.
-Nauka jest dochodzeniem.
Zabrzmiało to jak pytanie.
-Nauka faktycznie jest dochodzeniem - rzekł trener, zacierając ręce. - Nauka wymaga od człowieka przeobra­żenia się w szpiega.
Ujęta w ten sposób nauka wydawała się wręcz frajdą. Zbyt dobrze jednak znałam McConaughy'ego, by sobie robić nadzieje.
-Pomyślne dochodzenie wymaga praktyki - ciągnął.
-Seks też - zawołał ktoś, znów z tyłu sali. Wszyscy po­wstrzymaliśmy się od śmiechu, a trener pogroził przestępcy palcem.
-Tego wam dziś nie zadam. - McConaughy znowu zwrócił się do mnie: - Rose, siedzisz z Vee od początku roku.
Skinęłam głową, niestety przeczuwając, do czego zmierza.
-I obie redagujecie e-zin.-przytaknęłam.
-Na pewno zdążyłyście się już dobrze poznać.
Vee kopnęła mnie pod stołem. Wiedziałam, o czym my­śli. Że facet nie ma pojęcia, ile o sobie wiemy. I nie cho­dzi mi tylko o sekrety, które powierzamy pamiętnikom. Vee stanowi moje całkowite przeciwieństwo. Ma czekoladowe oczy, brąziwe włosy i kilka kilogramów nadwagi. Ja jestem ciemnooką brunetką o niewielkiej burzy loków, któ­rym nie daje rady nawet najlepsza prostownica. Mam też nogi długie jak barowy stołek. Mimo tych różnic łączy nas niewidzialna więź, którą musiałyśmy nawiązać na długo przed przyjściem na świat - i obie dałybyśmy się pokroić, że przetrwa do końca naszych dni.
Trener rozejrzał się po klasie.
-Założę się. że każde z was nieźle zna osobę, z którą sie­dzi, bo przecież nie bez powodu wybraliście sobie miejsca. Ze względu na poufałość. Niestety, wyborny detektyw unika poufałości, gdyż tępi ona instynkt badawczy. Dlatego też dzisiaj ustalimy nowe rozmieszczenie was przy stolach.
Otworzyłam usta, by zaprotestować, ale Vee mnie wy­przedziła:
-To jakaś paranoja! Jest kwiecień, czyli prawie koniec roku. Nie może pan teraz wyprawiać takich rzeczy.
Na twarzy trenera pojawił się uśmieszek.
-Mogę wyprawiać takie rzeczy do ostatniego dnia seme­stru. A jeśli oblejecie mój egzamin, wrócicie tutaj w przy­szłym roku i będę je wyprawiał nadal.
Vee skrzywiła się do niego. Jest znana z tej krzywej miny, spojrzenia, które zawiera niemal słyszalny syk. Jednak wyraźnie odporny na nie trener podniósł gwizdek do ust, tak że już nie było o czym dyskutować.
-Osoby siedzące z lewej strony stołów, czyli po waszej le­wej, przesiadają się o jedno miejsce do przodu. A te siedzące dotąd przed nimi... tak, Vee, ty też... przenoszą się do tyłu.
Vee wepchnęła notatnik do plecaka i gwałtownie zasunę­ła zamek. Zagryzając wargi, machnęłam jej na pożegnanie, po czym się obejrzałam, aby sprawdzić, kto zajmuje miejsce za nią. Znałam nazwiska wszystkich kolegów i koleżanek z klasy... prócz jednego: chłopaka, który miał do mnie teraz dołączyć. Trener nigdy go nie wywoływał, co chyba mu odpowiadało. Siedział zgarbiony przy stole za naszym, spokojnie patrząc przed siebie chłodnymi zielonymi oczami. Jak zwykle. Do głowy by mi nie przyszło, że siedzi tam tak dzień w dzień ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Z pewnością nad czymś rozmyślał, ale, wiedziona intuicją, uznałam, że lepiej nie wiedzieć nad czym.
Położył na stole książkę do biologii i siadł na dawnym krześle Vee. Chłopak miał zielone jak trawa oczy i brązowe kręcone włosy. Był stasznie wysoki, o głowę wyższy ode mnie.
Uśmiechnęłam się do niego.
-Cześć, jestem Rose.
Przeszył mnie szmaragdowymi oczami, lekko wykrzywiając usta. Moje serce zamarło na chwilę, w której niby cień zapadła nade mną jakaś ponura ciemność. Zaraz zresztą zniknęła, ale ja przyglądałam mu się nadal. Nie uśmiechał się przyjaźnie. Był to uśmiech, który oznaczał kłopoty. Niechybne.
Skupiłam wzrok na tablicy. Barbie i Ken gapili się na mnie z dziwnie wesołymi twarzyczkami.
-Rozmnażanie ludzi to nieco lepki temat...
-Błeeeee! - jęknęli chórem uczniowie.
-Wymaga dojrzałego podejścia. I tak jak w przypadku każdej nauki przyrodniczej, najlepiej zapoznawać się z nim na drodze dochodzenia. Do końca dzisiejszych zajęć po­ćwiczycie śledztwo, próbując dowiedzieć się jak najwięcej o nowym koledze. Na jutro macie przynieść sprawozdania z tych badań i wierzcie mi, sprawdzę, czy są autentyczne. Uczymy się tu biologii, a nie angielskiego, więc niech was nie kusi, aby zmyślać odpowiedzi. Chcę widzieć prawdziwą interakcję i pracę zespołową.
Pobrzmiewało to pogróżką: „bo popamiętacie" Siedziałam spokojnie. Teraz był jego ruch. Gdy wcześ­niej się uśmiechnęłam, nic dobrego z tego nie wyszło. Zmarszczyłam nos, próbując się zorientować, czym pach­nie. Nie papierosami. Czymś bardziej intensywnym i pa­skudnym.
Cygarami.
Napotkawszy wzrokiem zegar na ścianie, zaczęłam wy­stukiwać ołówkiem rytm wskazówki sekundowej. Położy­łam łokieć na stole i wsparłam podbródek na pięści. Wes­tchnęłam.
No niezłe. W tym tempie niczego się nie dowiem. Gapiąc się przed siebie, usłyszałam jednak miękkie wodzienie piórem po papierze. Pisał - ciekawe co. Dziesięć minut siedzenia przy jednym stole nie uprawniało go jesz­cze do wydawania opinii na mój temat. Zerknęłam w jego notatnik i stwierdziłam, że ma już kilka linijek tekstu, któ­rego wciąż przybywało.
-Co piszesz? - zapytałam.
-I mówi po angielsku - odpowiedział, równocześnie to zapisując, łagodnym, a zarazem leniwym ruchem dłoni.
Pochyliłam się nad nim na tyle blisko, na ile starczyło mi odwagi, próbując przeczytać, co napisał, ale momentalnie złożył kartkę na pól i nie zobaczyłam nic.
-Co napisałeś? - spytałam stanowczo.
Sięgnął przez stół po mój czysty arkusz, przysunął go do siebie i zmiął w kulkę. Nim zdążyłam zaprotestować, celnym strzałem wrzucił ją do kosza na śmieci przy biurku trenera.
Chwilę wpatrywałam się w kosz, targana niedowierza­niem i wściekłością, po czym otworzyłam notatnik na czy­stej stronicy.
-Jak się nazywasz? - spytałam, z ołówkiem w pogo­towiu.
Spojrzałam na niego znowu tylko po to, żeby zobaczyć ten posępny uśmiech, który chyba tym razem miał mnie ośmielić, abym coś od niego wyciągnęła.
-Nazwisko? - powtórzyłam z nadzieją, że głos załamuje mi się tylko w wyobraźni.
-Mów mi Harry. Serio. Tak mnie nazywaj. A nazwisko...Styles-mówiąc to, lekko mrugnął, uznałam więc, że ze mnie kpi.
-Co robisz w wolnym czasie? - zapytałam.
-Nie miewam wolnego czasu.
-Myślę, że to jest zadanie na ocenę, więc może zechcesz być miły?
Wychylił się do tyłu, krzyżując ręce za głową.
-Miły?
Przekonana, że to znów aluzja, stwierdziłam, że bez­pieczniej będzie się wycofać.
-W wolnym czasie, powiadasz - rzeki w zadumie. - Ro­bię zdjęcia.
Drukowanymi literami zapisałam: FOTOGRAFIA.
-Jeszcze nie skończyłem - ciągnął. - Szykuję duży cykl fotek felietonistki pewnego e-zinu, która propaguje żywność ekologiczną, potajemnie para się poezją i drży na samą myśl, że będzie musiała wybierać między Stanford, Yale i... zaraz, jak się nazywa ten wielki na „"?
Patrzyłam na niego przez chwilę, wstrząśnięta, że w ni­czym się nie myli. I nie odniosłam wrażenia, że tylko zgaduje. Wszystko wiedział. A ja chciałam się dowiedzieć skąd. Natychmiast.
-Ale nie wylądujesz na żadnym z nich - dodał.
-Doprawdy? - spytałam bez namysłu.
Swoją dużą dłonią chwycił moje krzesło pod siedzeniem i przyciągnął mnie do siebie. Niepewna, czy mam dać drapaka, pokazując, że się boję, czy nie robić nic i udawać znudzenie, wybrałam drugą opcję.
-Mimo że byłabyś prymuską na każdym z tych trzech uniwersytetów, gardzisz nimi, bo powszechnie kojarzy się je z sukcesem. Ferowanie wyroków to trzecia z twoich największych słabości.
-A druga? - spytałam z lekką furią. Kim jest ten facet? Czy to ma być jakiś wkurzający dowcip?
-Nie wiesz, komu zaufać. Nie: odwołuję. Ufasz ludziom, tyle że zawsze niewłaściwym.
-No, a pierwsza? - zapytałam.
-Trzymasz życie bardzo krótko.
-A cóż to ma znaczyć?
-Boisz się wszystkiego, nad czym nie masz kontroli.
Zjeżyły mi się włosy na karku, a salę ogarnęło lodowate zimno. Normalnie w takiej sytuacji podeszłabym do biurka trenera i poprosiła go o zmianę miejsca, ale nie miałam zamiaru dać odczuć chłopakowi, że może mnie zastraszyć. W irracjonalnym odruchu samoobrony postanowiłam, że nie wycofam się pierwsza.
-Sypiasz nago? - zapytał.
Myślałam, że padnę, ale jakoś się opanowałam.
-Nie jesteś osobą, której chciałabym się z tego zwie­rzać.
-Byłaś kiedyś u psychiatry?
-Nie - skłamałam. Tak naprawdę chodziłam na terapię do szkolnego psychologa, doktora Hendricksona. Bynaj­mniej nie z wyboru, no i nie lubiłam rozmawiać na ten temat.
-Popełniłaś przestępstwo?
-Nie - odparłam. Fakt, że parę razy przekroczyłam do­zwoloną szybkość, nie zrobiłby na nim wrażenia. - Może byś mnie zapytał o coś normalnego? Sama nie wiem... O ulubiony rodzaj muzyki.
-Nie będę pytał o to, czego się domyślam.
 -Nie masz pojęcia, czego słucham.
-Baroku. Twój świat to przecież lad, porządek. Pewnie grasz... na wiolonczeli? - powiedział to lak, jakby odpo­wiedź przyszła mu z powietrza.
-Mylisz się - kolejne kłamstwo, lecz tym razem dreszcz przeszedł mi po ciele. Skąd się w ogóle wziął ten facet? Skoro wie, że gram na wiolonczeli, to o czym jeszcze może wiedzieć?
-Co to? - brunet dotknął piórem wewnętrznej strony mojego przegubu. Odsunęłam się odruchowo.
-Znamię.
-Wygląda jak blizna. Rose, masz skłonności samobój­cze? - Nasze oczy się spotkały i fizycznie poczułam, że on się śmieje. - Rodzice są razem czy się rozwiedli?
-Mieszkam z mamą.
-A ojciec?
-Tato zmarł w ubiegłym roku.
-Na co?
Wzdrygnęłam się.
-Został... zamordowany. Wybacz, ale to są jednak spra­wy osobiste.
Na chwilę zapadło milczenie, a bezwzględność w jego wzroku jakby nieco złagodniała.
-Na pewno jest ci ciężko - zabrzmiało to szczerze. Zadzwonił dzwonek i Harry wstał, kierując się do drzwi.
-Poczekaj! - zawołałam, ale się nie odwrócił. - Harry! -Był już za drzwiami. - Przecież ja nie mam nic o tobie!
Zawrócił i podszedł do mnie. Ujmując moją rękę, napisał coś na niej, zanim pomyślałam, żeby mu ją wyrwać.
Spojrzałam na siedem cyfr skreślonych na dłoni czerwo­nym atramentem - i zacisnęłam ją w pięść. Chciałam mu powiedzieć, żeby nie liczył na mój telefon dziś wieczorem. Chciałam powiedzieć, że przez te jego pytania zmarno­wałam całą lekcję. Chciałam masę rzeczy, ale stałam bez słowa, jakby mnie zamurowało.
-Dziś wieczór jestem zajęta - odezwałam się wreszcie.
-Ja też. - Uśmiechnął się szeroko i już go nie było. Sterczałam jak zaklęta, próbując zrozumieć to, co zaszło.
Czyżby celowo wypytywał mnie do końca zajęć, żebym nie mogła odrobić zadania? Czyżby sądził, że zrehabilituje go jeden promienny uśmiech? Tak - pomyślałam - jasne.
-Nie zadzwonię! - krzyknęłam za nim. - W życiu!!!
-Skończyłaś ten felieton na jutro? - spytała Vee. Zbli­żyła się, notując coś w skoroszycie, z którym nigdy się nie rozstawała. - Bo ja zamierzam napisać o niesprawiedliwości tego rozsadzenia. Dostała mi się dziewucha, która właśnie dziś rano skończyła leczyć wszawicę.
-Mój nowy kolega - powiedziałam, wskazując korytarz za plecami Harry'ego. Chód miał wkurzająco pewny, w stylu „wyblakłe dżinsy i kowbojski kapelusz". Tyle że tak się nie ubierał. Styles należał do facetów, którzy noszą ciemne rurki, ciemne T-shirty  i ciemne buty do kostek.
-Ten kiblujący? Pewnie nie przykładał się do nauki. Kto wie, może repetuje już drugi raz. - Popatrzyła na mnie porozumiewawczo. - Za trzecim razem to sam miód.
-Przyprawia mnie o gęsią skórkę. Wie, czego lubię słuchać. Bez żadnych wskazówek, od razu powiedział: „baroku" - próba naśladowania jego niskiego głosu wyszła mi fatalnie.
-Pewno zgadł.
-Wie też... o innych sprawach.
-Na przykład?
Westchnęłam. Wiedział znacznie więcej, niżbym chciała. -Jak mnie wnerwić - odparłam w końcu. - Powiem trenerowi, żeby nas rozsadził.
-Popieram. Miałabym świetny nagłówek do następnego artykułu: „Dziesiątoklasistka kontratakuje". Albo jeszcze lepszy: „Rozsadzaj, a dadzą ci po nosie". Mmm, coś fanta­stycznego.
Ostatecznie jednak po nosie dostałam ja. McConaughy odrzucił moją prośbę o przeniesienie na poprzednie miejsce. Najwyraźniej zostałam skazana na siedzenie z Harry'm.
Na razie.
*****
I oto 1 rozdział za nami :)
Czekam na Wsze komentarze :)
Zwiastun i szablon pojawią się niedługo :)
Do następnego :) 
Czytając zostaw komentarz :) 

Prolog

Paryż, Francja, listopad 1969



Chauncey przebywał z młodą wieśniaczką na poroś­niętych trawą brzegach Loary, gdy nagle zaczęła się burza, i pozbawiony wałacha, którego puścił wolno na łąkę, musiał wracać do zamku pieszo. Zerwawszy z trzewika srebrną klamrę, położył ją na dłoni dziewczyny i chwilę patrzył, jak ta zmyka, w spódnicy utytłanej błotem. Potem naciągnął buty i ruszył do domu.
Ulewa zakryła ciemniejący pejzaż wsi wokół Chateau dc l.angeais. Chauncey żwawo przeskakiwał zapadnięte w czarnoziemie cmentarza groby. Nawet w najgęstszej mgle umiał trafić stąd do domu, bez lęku, że się zgubi. Tego wieczoru mgła nie zaległa, ale mrok i zacinający deszcz były wystarczająco zwodnicze.
Spostrzegłszy kątem oka jakiś ruch, Chauncey prędko zerknął w lewo i uległ wrażeniu, że wielki anioł wieńczący bliski nagrobek podnosi się z miejsca. Ni to kamienny, ni marmurowy, chłopiec olbrzym był obnażony do pasa, z gołymi stopami, w opadających na biodra portkach. Zeskoczył z grobu na ziemię; jego czarne włosy ociekały deszczem. Woda spływała mu po twarzy, śniadej jak u Hi­szpana.
Chauncey dotknął rękojeści miecza.
-Coś ty za jeden?
Na twarzy chłopca odmalował się uśmiech.
Nie igraj z księciem de Langeais - ostrzegł go Chaun­cey. - Pytałem, jak się zowiesz. No, mów.
-Księciem? - Chłopiec oparł się o pokrzywioną wierz­bę. - Czy bękartem?
Chauncey dobył miecza.
-Odwołaj to! Ojciec mój był księciem de Langeais. Więc i ja jestem księciem de Langeais - dodał niepewnie i prze­klął się za to w duchu.
Chłopiec leniwie pokręcił głową.
-Nie stary książę był twym ojcem.
Chauncey zawrzał gniewem na tak nikczemną zniewagę.
-A twój rodzic? - spytał, wyciągając miecz przed sie­bie. Wprawdzie jeszcze nie znał nazwisk wszystkich swych wasali, ale już pomału się ich uczył. Chciał przywołać w pamięci rodowe miano chłopca. - Raz jeszcze się pytam -rzekł cicho, ocierając ręką twarz z deszczu. - Ktoś ty?
Chłopiec zbliżył się do niego, odsuwając miecz na bok. Nagle wyglądał starzej, niż przypuszczał Chauncey, i może nawet liczył rok, dwa lata więcej od niego.
-Pomiot Szatana - odpowiedział. Chaunceya z przestrachu ścisnęło w żołądku. -Jesteś obłąkany - wycedził przez zęby. - Zejdź mi z drogi.
Ziemia pod jego stopami drgnęła. Pod powiekami buch­nęło nagle zlotem i czerwienią. Zgarbiony, z paznokciami wpitymi w biodra, spojrzał na chłopca, bez tchu mrugając oczami i próbując pojąć, co się dzieje. W głowie zakręciło mu się tak, jakby zupełnie stracił panowanie nad umysłem.
Chłopiec przykucnął, aby zrównać się z nim wzro­kiem.
-Posłuchaj uważnie. Musisz mi coś ofiarować. Nie odej­dę, póki tego nie dostanę. Rozumiesz?
Chauncey zacisnął zęby i w odruchu buntu pokręcił głową na znak niedowierzania. Chciał splunąć na chłopca, lecz ślina spłynęła mu po brodzie, bo język odmówił po­słuszeństwa.
Chłopiec uścisnął ręce Chaunceya, który, poparzony gorącem jego dłoni, głośno zawył.
-Musisz złożyć mi przysięgę wierności - rzekł chło­piec. - Klęknij i przysięgaj.
Chauncey chciał się szorstko roześmiać, ale ze zdławio­nej krtani dobył się tylko jęk. Choć z tyłu nie było nikogo, jego prawe kolano ugięło się, jakby pod kopniakiem, i zaryło w błocie. Słaniając się, dostał nudności.
-Przysięgaj - powtórzył chłopiec.
Kark Chaunceya objęła fala żaru; wytężając siły, ledwie zdołał zacisnąć dłonie w słabe pięści. Rozbawiło go to, choć wcale nie było mu do śmiechu. Nie pojmował, jakim cudem nieznajomy wywołał u niego raptowne mdłości i osłabienie, które miały ustąpić dopiero, gdy złoży przysięgę. Postano­wiwszy usłuchać chłopca, w duchu poprzysiągł sobie, że zniszczy go za to upokorzenie.
 -Panie, jestem twoim sługą - rzekł głosem pełnym jadu. Nieznajomy pomógł mu wstać z klęczek.
Spotkamy się tu z początkiem hebrajskiego miesiąca cheszwan. Musisz mi służyć przez dwie niedziele od nowiu do pełni.
 -Dwie niedziele? - ciało Chaunceya zatrzęsło się od gniewu. - Jestem księciem de Langeais!
-Jesteś Nefilem - odparł chłopiec, uśmiechając się krzywo
Chauncey miał na końcu języka ciętą ripostę na te słowa, ale zdoławszy ją przełknąć, spytał lodowatym tonem:
-Co takiego?
Należysz do biblijnego rodu Nefilów. W istocie ojcem twym jest anioł, który spadł na ziemię z niebios. Jesteś więc na poły śmiertelnikiem - chłopiec napotkał wzrok Chaunceya, unosząc ciemne oczy - na poły zaś upadłym aniołem.
Przywoławszy z otchłani myśli głos swego nauczycie­la, Chauncey usłyszał, jak odczytuje on fragmenty z Bi­blii i opowiada o rodzie odszczepieńców, rasie przeraża­jącej i potężnej, powstałej, gdy strąceni z nieba aniołowie współżyli ze śmiertelniczkami. Przeszedł go silny dreszcz, na granicy obrzydzenia.
-Ktoś ty?
Chłopiec odwrócił się i zaczął oddalać, lecz mimo że Chauncey chciał ruszyć za nim w pogoń, nie mógł ustać na osłabionych nogach. Klęcząc, przez zmrużone w deszczu oczy dojrzał na jego plecach dwie grube blizny. Zbiegały się one w kształt odwróconej litery „V".
-Czyś ty jest... upadły? - zawołał. - Widzę, że odarli cię ze skrzydeł...?
Chłopiec - anioł albo kto tam jeszcze - nie zatrzymał się jednak. Chauncey już nie potrzebował potwierdzenia.
-A te usługi, które mam oddawać... - krzyknął. - Chcę wiedzieć, na czym polegają?
Powietrze rozbrzmiało cichym śmiechem.


********
Więc jak na razie mamy prolog :) 
Czytasz, zostaw komentarz :) 


czwartek, 1 maja 2014

Zapowiedź

Czasem zdarza się miłość naprawdę nie z tego świata. Naprawdę nie z tego świata.... Harry jest tajemniczy i zabójczo przystojny. Nic dziwnego, że osiemnastoletnia Rose uległa jego urokowi. Niemal natychmiast w jej życiu zaczęły dziać się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć.
Chyba, że...
Chyba, że ktoś wie, że znalazł się w samym środku bitwy. Bitwy, którą od wieków toczą Upadli z Nieśmiertelnymi. O Twoje życie.

Ale, cicho sza....Są tajemnice, o których mówi się tylko szeptem.


****
Witam was i..oto powstaje nowe ff na podstawie książki Szeptem. Do następnego Diana